; ;

Gazeta Wyborcza

25 LAT "GAZETY WYBORCZEJ"

Wiosna nasza

Partyjne gazety to była nowomowa. Zamiast informować, dezinformowały. - Miałem wrażenie, że otworzyliśmy kran i z tego kranu leje się czysta woda prawdy - mówi Edward Krzemień, redaktor „Gazety Wyborczej”

Kolejny posępny polski rok - 1988. Ledwo majaczy w pamięci karnawał „Solidarności”, skutecznie przyduszony przez czerwonych stanem wojennym, a potem powolnym rujnowaniem kraju.

Polska tonie w długach. Kolejki po kartkowy cukier, mąkę, benzynę. Po mięso nie ma co stać – i tak go nie ma, mimo że na kartki. Komuniści próbują zrywami reformować gospodarkę. Wychodzi im jak zawsze, czyli nic. W lutym '88 drastycznie podnoszą ceny. W maju stoczniowcy z Gdańska i hutnicy z Nowej Huty ogłaszają strajk. Zomowcy pacyfikują hutę, strajk w stoczni kończy się przemarszem ulicami Gdańska, ale kolejne protesty wybuchają latem. Rządzący już wiedzą: muszą się dogadać z opozycją.

Na przedwiośniu ‘89 władza i „Solidarność” siadają do Okrągłego Stołu. Za chwilę posypie się cały blok wschodni, no i sam niesławnej pamięci Związek Radziecki.

Ale wielu z nas myśli, że to, co się dzieje, jest kolejną odsłoną tego samego spektaklu: czerwoni umówią się z nami, lecz zaraz zakombinują, coś odpuszczą, gdzieś przycisną, a koniec końców, okpią. Koledzy - drukarze z podziemnych wydawnictw i drukarni - jeszcze kilka miesięcy po Okrągłym Stole trzymają w ukryciu offsety i powielacze, bo „co zadołowane, to pewne”.

Ale też przez całą historię PRL lepszych doświadczeń niż oszustwo i podstęp nie mieliśmy. Stan wojenny wydarzył się raptem siedem lat wcześniej. Nikt nie mógł przewidzieć, że akurat teraz ma być inaczej.

Zgodę na niezależną gazetę negocjuje Krzysztof Kozłowski, wiceszef „Tygodnika Powszechnego”. Na kilku stroniczkach zapisanych na maszynie przedstawia medialne postulaty opozycji zespołowi negocjacyjnemu do spraw środków społecznego przekazu.

Po pierwsze: dostęp do radia i telewizji (pojedyncze audycje), po drugie: reaktywacja „Tygodnika Solidarność”, po trzecie: wielkonakładowy dziennik.

Adam Michnik: - Wówczas wyglądało to jak zapowiedź rewolucji, no i rewolucją się stało

Adam Michnik wspomina: - „Gazeta” od początku chciała być z jednej strony uczciwym dziennikiem, z drugiej instytucją polskiej demokracji, w związku z tym chcieliśmy być niezależni od wszystkich. Oczywiście od władzy, ale też od „Solidarności” i od Kościoła. Chcieliśmy mówić własnym głosem, będąc jednocześnie nadal składnikiem opozycji demokratycznej, nie dziennikiem opozycji, nie organem, tylko właśnie składnikiem. Dzięki temu mogliśmy zawsze mówić, że nie reprezentujemy żadnych instancji ani instytucji, tylko samych siebie.

Z dzisiejszego punktu widzenia to w zasadzie nic wielkiego. Ale wówczas wyglądało jak zapowiedź rewolucji, no i rewolucją się stało.

- Zostałem naczelnym z przypadku, bo kiedy rozważaliśmy z prof. Bronisławem Geremkiem - początkowo we dwójkę tylko - kto by był najlepszy na szefa, chodziło o to, że to musi być ktoś, kto ma znane opozycyjne nazwisko, kto ma dobre stosunki z kierownictwem „Solidarności” i z Wałęsą. I padło na mnie - mówi Michnik.

I dodaje: - Zwróciłem się wtedy do Helenki Łuczywo i zaproponowałem jej, żeby cały zespół podziemnego dotychczas „Tygodnika Mazowsze” potraktować jako trzon redakcyjny powstającej gazety. I tak się stało.

„Tygodnik Mazowsze” to największe pismo solidarnościowej opozycji, które osiąga kilkudziesięciotysięczny nakład, drukuje głosy głównych przywódców niezależnej Polski, wywiady z najważniejszymi politykami ówczesnego świata i regularnie - jak opowiadał Tomasz Burski, nasz nieżyjący już kolega - ląduje na biurkach kluczowych postaci w amerykańskim Departamencie Stanu.

Redakcja mieści się w budynku po żłobku. Piaskownica, sale w amfiladzie, kuchnia, łazienka z umywalkami i sedesami zawieszonymi na żłobkowej wysokości

Lecz siły „Tygodnika Mazowsze” to na codzienną gazetę za mało. Jego szefowa Helena Łuczywo wie doskonale, że redakcja to musi być pospolite ruszenie ludzi z różnych bajek, czujących, że nadszedł ten moment, gdy nie warto spać, bo wokół dzieje się tak wiele i można mieć na to realny wpływ. No i – nie wolno tej energii zmarnować.

Tu zaczyna się wspomnieniowy mętlik. Również dlatego, że ćwierć wieku temu świat był zupełnie inny niż dzisiaj.

Pytanie pierwsze: jak powiedziano ludziom, że tworzy się redakcja „Wyborczej”? Przecież nie było telefonów komórkowych ani e-maili, a poczta działała jak wszystko w realnym socjalizmie. Wywieszono więc ogłoszenie? Jeśli tak, to gdzie: w nieistniejącej już kawiarni Niespodzianka na warszawskim placu Konstytucji, oddanej w ręce opozycji? A może na ulicy Fredry, gdzie mieścił się Komitet Obywatelski? Może była to szeptanka idąca z ust do ust; w systemach autorytarnych znakomita metoda informowania? Może od przekazywanych informacji przegrzała się kiepska peerelowska telefonia?

1989-2014

Sprawdź, ile się czekało na telefon

Sprawwdź, ile się czekało na telefon

Edward Krzemień (dziś redaktor stron krajowych) opowiada, że jego zdaniem pierwsze zebranie odbyło się u Heleny w mieszkaniu na Stegnach, gdzie umówiono się na spotkanie większe, otwarte. Odbyło się ono na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego; spora sala wykładowa na drugim piętrze gmachu przy Stawkach.

Przyszło na nie kilkadziesiąt osób; niektóre znały się wcześniej, inne widziały po raz pierwszy.

Byłem tam, lecz nie pamiętam, o czym mówiono, czy trzeba było się na coś dogadać, a może tylko wpisać na jakąś listę, żeby zadeklarować pomoc.

Wicenaczelnym „Wyborczej” zostaje Ernest Skalski, wieloletni dziennikarz „Polityki”, a w karnawale wolności Sierpień ‘80 - Grudzień ‘81 „Tygodnika Solidarność”, po stanie wojennym zaś prasy niezależnej. Oraz Krzysztof Śliwiński, aktywny w warszawskim Klubie Inteligencji Katolickiej i "Solidarności", internowany po 13 grudnia 1981, członek redakcji miesięcznika „Znak”.

Reszta z nas przychodzi z prasy podziemnej. Jesteśmy dziennikarzami, których stan wojenny wyrzucił z zawodu. Wśród nas najlepsze nazwiska: Małgorzata Szejnert, Wojciech Adamiecki, Wanda Falkowska czy Józef Kuśmierek. Jest Joanna Szczęsna, Danuta Zagrodzka, Krystyna Naszkowska, Anna Bikont, Piotr Pacewicz, Ewa Milewicz, Krzysztof Leski, Wojciech Kamiński. Ale też przychodzą ludzie z tzw. ulicy, studenci i nawet łebki z liceum, dzisiaj pod pięćdziesiątkę, takie jak Adam Wajrak czy Bartek Węglarczyk.

Bartosz Węglarczyk
dziennikarz "Gazety Wyborczej" w latach 1989-2011

Zbiera się z pół setki, lecz chętnych do pomocy, również tej doraźnej, żeby coś przynieść, zanieść lub kogoś podwieźć, jest o wiele więcej.

Najważniejszą zdobyczą Helenki jest jednak Julek Rawicz. Wieloletni dziennikarz z krwi i kości (w stanie wojennym odszedł z zawodu, a wcześniej wielekroć był wyrzucany), fachman, a dla nas: nauczyciel, mentor, autorytet, człowiek, który wie, że doświadczenia prasy podziemnej to zbyt mało, by robić codzienną gazetę.

Ale też brat łata i dobra dusza. Szybko się okazuje, że Julek zna wszystkich i wszyscy go znają oraz zgodnie powtarzają, że jest najlepszym sekretarzem redakcji na świecie.

I był rzeczywiście.

Helena Łuczywo wspomina: - W redakcji organizował wszystko błyskawicznie. Znalazł zecerów, składaczy, korektorki. Szybko też zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi i zaraz zaczęliśmy się kłócić. Kłóciliśmy się strasznie głośno, z trzaskaniem drzwiami i wychodzeniem z redakcji. Julek doprowadzał mnie do szału swoim pobłażaniem dla wszystkich ludzkich grzechów. Jeden z autorów powiedział mu kiedyś: „Gdybym był pijany i bił żonę, byłbyś od razu dla mnie lepszy”…

Był wielkim redaktorem starej daty. Gotów siedzieć dzień i noc i pracować z autorami. Ciągle robiliśmy tę gazetę, siedzieliśmy w redakcji albo w drukarni, całą rzeczywistość znaliśmy tylko z opowieści… Nigdy nie rozumiałam, jak to było możliwe, że przepracował całe życie w prasie peerelowskiej, a był chodzącą szlachetnością. Miał niesamowitą wiedzę historyczną i literacką. Przed epoką Google’a doskonale nam go zastępował.

Ktoś wpada na pomysł, by redakcja „Wyborczej” mieściła się przy ulicy Okólnik, w opuszczonej kamienicy. Wydaje się to bardzo sexy, bo centrum, więc w miarę łatwo dojechać i blisko miejsca, gdzie działa się Historia. Ale kamienica jest zabytkowa, a to oznacza poważne problemy z urządzeniem redakcji.

Wygrywa budynek po żłobku przy Iwickiej, na Dolnym Mokotowie. Nie trzeba burzyć w nim żadnych zabytkowych ścian. Na dodatek ma dwa tarasy i piaskownicę, gdzie mogą się odbywać ważne narady i kolegia.

Sale w amfiladzie, kuchnia, łazienka z umywalkami i sedesami zawieszonymi na żłobkowej wysokości.

Gdy zobaczyłem te małe kibelki po raz pierwszy, myślałem, że to sen wariata. Zbigniew Brzeziński, gdy niebawem przyjechał nas odwiedzić, też tak myślał. Ale bardzo mu się podobało.

1989-2014

Zobacz, o ile wódka była tańsza niż coca-cola

Zobacz, o ile wódka była tańsza niż coca-cola

Kolegia redakcyjne odbywają się w jednej z dwóch największych sal (druga z czasem mieściła dział krajowy), z których można wyjść do żłobkowego ogrodu. Obok niej zasiada dział zagraniczny, w którym po jakimś czasie pojawił się faks. A może faks stał w dziale krajowym?

Edward Krzemień: - Kilkanaście osób siedzi z nogami w piasku i ustala, co ma być na pierwszej, drugiej stronie największej wówczas gazety w naszej części Europy.

Gabinet Michnika, przeraźliwie ciemny, oddziela od rozkładówki - działu wyborczego, zamienionego w reportaż - szklana szyba. Helena ma biurko w rogu, obok wyjścia na jeden z tarasów. Dział foto zajmuje łazienkę z malutkimi umywalkami, a od reszty redakcji odgradza się starym biurkiem.

Któregoś dnia ktoś przywozi stare meble, podobno z jakichś magazynów uniwersyteckich, i każdy bierze to, co potrzebne.

Wiele tego nie było, a i słowo „mebel” brzmi dumnie, gdy przyłożyć je do tych wiekowych biurek, rozchybotanych krzesełek i stołków, zakrawa na żart. Jest nawet zniszczony stół do ping-ponga, znakomity do większych zebrań (podobno, gdyż mnie się wydaje, że było to kilka stołów zestawionych razem, ale całkiem możliwe, że było i tak, i tak) i dla Jacka Kaczmarskiego, który siedząc na nim, gra dla nas kilkugodzinny koncert.

- Czy trudno było wtedy zorganizować pracę? - zastanawia się Edward Krzemień. - Pamiętam, że to był taki twórczy chaos, nic nie dawało się dokładnie zaplanować. Pierwsze wydanie „Gazety” oddawaliśmy chyba o siedemnastej, drugie o dziewiętnastej czy dwudziestej, więc kiedy brakowało jakiegoś tekstu, to trzeba było brać z zapasów, trzeba było mieć takie zapasy, system pracy był inny niż dziś. Ale wtedy nikt nie wiedział, że może być inaczej, więc to było normalne i wszyscy byli bardzo zadowoleni.

Do kilku komputerów - własności podziemia - stoją kolejki dziennikarzy. Podobnie jak do jedynej w redakcji książki telefonicznej, przykutej łańcuchem, żeby nikt jej nie zabrał, trzech telefonów i jednego dalekopisu, który wypluwa PAP-owskie depesze.

Małgorzata Szejnert
reporterka, 15 lat kierowała działem reportażu „Wyborczej”

Gdzieś wcięło moją maszynę do pisania.

Komputery nie są połączone w sieć, teksty zapisujemy na dyskietkach. Odbywają się kursy komputerowe, gdyż dla wielu z nas ekran i klawiatura to czarna magia. Ci, którzy nie mogą się dopchać do komputerów, piszą ołówkiem w zeszytach, a maszynistki przepisują ich teksty.

W korytarzach redakcji kłębią się tłumy, wszyscy (z wyjątkiem Piotra Pacewicza) palą papierosy, zagraniczni dziennikarze z największych tytułów pchają się na wywiady do Michnika, ale Michnik przecież się nie rozerwie, więc wypytują wszystkich. I dziwią się maleńkim kibelkom.

Maszyny drukarskie w Domu Słowa Polskiego mogą służyć jako scenografia do filmu o wyzysku klasy robotniczej w XIX w. Podobnie pomieszczenia, gdzie pracują drukarze: przeraźliwie brudne, ciemne, z lepiącą się podłogą. Nam trafia się ekipa skompletowana przez Julka Rawicza. Podobno piją na potęgę, a Julek ich kryje, bo zna ich wartość. Są to fachowcy najlepsi z możliwych. Rozmawiają językiem, który z początku rozumie tylko Rawicz i którego trzeba się dopiero nauczyć, np.: „Tytuł jest za mały (albo za duży) o punkt”.

  • Redakcja "Gazety Wyborczej" przy ul. Iwickiej. Adam Michnik, Ernest Skalski i Helena Łuczywo, 5 maja 1989 r. fot. Sławomir Sierzputowski / Agencja Gazeta
  • 7 maja 1989 r. Pierwszy numer „Gazety Wyborczej” schodzi z maszyn drukarskich Fot. Wojciech Druszcz / Agencja Gazeta
  • Zecer z Domu Słowa Polskiego z wózkiem, na którym leży rama z ołowianymi odlewami, z których powstała jedna ze stron "GW" Fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta
  • Drukarnia Dom Słowa Polskiego mieściła się przy ul. Miedzianej 11 w Warszawie Fot. Wojciech Druszcz / Agencja Gazeta
  • Kolumny „Wyborczej” oglądają (od lewej) jej pracownicy techniczni: Marcin Wnuk i Maciej Wirski oraz Adam Michnik, szef jej projektu graficznego Tomasz Kuczborski i Helena Łuczywo Fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta
  • Redaktor naczelny Adam Michnik ogląda właśnie wydrukowane kolumny pierwszego numeru „Wyborczej” z nazwiskami kandydatów „Solidarności” do parlamentu Fot. Wojciech Druszcz / Agencja Gazeta
  • Szefostwo redakcji: Adam Michnik, obok niego - z lewej Ernest Skalski, - z prawej - Krzysztof Śliwiński. W pierwszym rzędzie od lewej: pracownik drukarni, dyrektor Domu Słowa Polskiego Bogdan Kukliński, Juliusz Rawicz i Helena Łuczywo Fot. Wojciech Druszcz / Agencja Gazeta
  • Redakcja w żłobku przy Iwickiej, wrzesień 1989. Telefonuje redaktor Edward Krzemień, dziś redaktor działu krajowego Fot. Sławomir Sierzputowski / Agencja Gazeta
  • Helena Łuczywo i Seweryn Blumsztajn w redakcji fot. Sławomir Sierzputowski / Agencja Gazeta
  • W 1989 r. redakcję odwiedził Zbigniew Brzeziński. Na zdjęciu z Heleną Łuczywo Fot. Tomasz Wierzejski / Agencja Gazeta
  • 1989 r. Zbigniew Brzeziński na spotkaniu z redakcją "Wyborczej" na tarasie przed żłobkiem przy Iwickiej Fot. Tomasz Wierzejski / Agencja Gazeta
  • Pierwsze urodziny "Gazety Wyborczej", 8 maja 1990 r. W redakcji śpiewa Jacek Kaczmarski. Na zdjęciu też: Krzysztof Śliwiński, Helena Łuczywo, Anna Bikont Fot. Tomasz Wierzejski / Agencja Gazeta
  • Kolegium redakcyjne w piaskownicy przy Iwickiej, 1 sierpnia 1990 r. Fot. Sławomir Sierzputowski / Agencja Gazeta
  • Juliusz Rawicz i Ernest Skalski w redakcji fot. Sławomir Sierzputowski / Agencja Gazeta
  • Leszek Kołakowski, Adam Michnik i Helena Łuczywo w redakcji "Gazety Wyborczej", 1991 r. Fot. Sławomir Sierzputowski / Agencja Gazeta

Nie mamy też żadnych pieniędzy; pierwsze honoraria dostaniemy bodaj po sześciu tygodniach. Wszystko - od papieru po druk i koszty delegacji - finansujemy z tego, co zarabiamy, sprzedając „Wyborczą”.

Władza stara się, żeby nie było nam za łatwo. A to okazuje się, że w Domu Słowa Polskiego jest takie obłożenie pracą, że żadną miarą nie można tam drukować opozycyjnego dziennika. Jeśli już można - to o najmniej dogodnej porze. Albo nagle brakuje papieru i dopiero wieczorem tego samego dnia okazuje się, że papier jednak jest.

Adam Michnik: - W redakcji była atmosfera, którą świetnie znałem z KOR-u czy z okresu podziemnej „Solidarności” - atmosfera przyjaźni, determinacji, ale też i przekonania, że przed Polską otworzyła się wielka szansa. Oczywiście to była olbrzymia improwizacja. Nie, nie pamiętam, jakie miałem meble w gabinecie.

Edward Krzemień: - „Gazeta Wyborcza” była od początku, i to w najlepszym sensie, normalną gazetą informacyjną, nie biuletynem idącej do wyborów opozycji. Najbardziej nas interesowało to, co się naprawdę w Polsce dzieje, i chcieliśmy te wydarzenia, na ile potrafiliśmy, pokazać. Działaliśmy na tle podziemnych pisemek „Solidarności” i prasy oficjalnej, która była pisana koszmarną nowomową, dawało się z niej jedynie coś wyczytać między wierszami. „Gazeta” miała mówić o rzeczywistości wprost, normalnym językiem.

Logo „Solidarności”Decyzja o powstaniu niezależnego od władzy dziennika zapadła podczas rozmów Okrągłego Stołu. Miał się ukazywać przed wyborami 4 czerwca i reprezentować opozycję skupioną wokół związku zawodowego „Solidarność”, dlatego jego znaczek ukazywał się pod winietą. Tak było do września 1990 r., gdy w wyniku konfliktu redakcji z przewodniczącym „S” Lechem Wałęsą Komisja Krajowa związku odebrała „Wyborczej” prawo do używania znaczka. - To było dla nas bolesne, ale wyszło nam na zdrowie. Władze „Solidarności” i Lech Wałęsa stracili jakikolwiek instrument negocjowania z nami czy narzucania treści dla „Gazety” - mówi redaktor naczelny Adam Michnik. - Od początku chcieliśmy być z jednej strony uczciwym dziennikiem, z drugiej instytucją polskiej demokracji niezależną od wszystkich.
Cena i nakładNakład - 150 tys. egzemplarzy - uzgodniono przy Okrągłym Stole. Jednak, jak wspominają redaktorzy, często pojawiały się problemy z przydziałem papieru (monopol na jego sprzedaż miało wtedy państwo). Gazetę drukowano w drukarni Dom Słowa Polskiego. Pierwszy numer „Wyborczej” miał osiem stron, kosztował 50 zł. Tyle samo trzeba było zapłacić za weekendowe, grubsze wydanie „Trybuny Ludu” - organu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (też był drukowany w Domu Słowa Polskiego). Jak wyjaśniała redakcja we wstępniaku, „Wyborcza” jest „mała i droga”, bo „mamy tego papieru za mało, aby drukować ogłoszenia jak inne gazety, a nikt nam nie pokryje deficytu”.
ZespółRedaktorem naczelnym „Gazety Wyborczej” został Adam Michnik, jego zastępcami Helena Łuczywo, Ernest Skalski i Krzysztof Śliwiński, a sekretarzem redakcji Juliusz Rawicz. - Szefem musiał zostać ktoś, kto miał znane opozycyjne nazwisko, żył dobrze z kierownictwem „Solidarności” i z Lechem Wałęsą. Padło na mnie. Zwróciłem się do Heleny Łuczywo i zaproponowałem, by cały zespół „Tygodnika Mazowsze” potraktować jako trzon nowego dziennika. Przyszli też ludzie z innych podziemnych gazet i będący na obrzeżach prasy oficjalnej, ale niszowej, jak np. „Tygodnik Powszechny” - tak Adam Michnik wspomina kompletowanie pierwszego zespołu redakcyjnego. Dołączyli do niego też studenci z kilku kierunków, m.in. dziennikarstwa i psychologii.
Lech WałęsaPierwszy numer otwiera tekst Lecha Wałęsy, przewodniczącego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” i lidera opozycji demokratycznej w PRL. Nawołuje do udziału w wyborach 4 czerwca i głosowania na kandydatów opozycji do Sejmu i Senatu, a „Gazetę Wyborczą” nazywa „pierwszym niezależnym dziennikiem między Łabą a Pacyfikiem”.
Teksty o wyborachW pierwszych numerach najwięcej miejsca zajmowały sylwetki kandydatów „Solidarności” oraz doniesienia z kampanii wyborczej prowadzonej przez opozycję w całej Polsce. Część opozycji demokratycznej, która była krytyczna wobec porozumień Okrągłego Stołu, również miała swoje miejsce - w rubryce „Wolna trybuna”.
O czym jeszcze pisała "Gazeta Wyborcza"Poza stronami poświęconymi wyborom ukazywały się inne informacje z kraju, świata, wiadomości sportowe. Były też stałe rubryki, np. prognoza pogody czy program TV. Największym problemem było zdobycie wiarygodnych informacji ze świata. - Naszym głównym źródłem były serwisy Radia Wolna Europa i Radia Swoboda - wspomina Wojciech Kamiński, pierwszy szef działu zagranicznego. By dowiedzieć się, co się dzieje np. w Pradze, dziennikarz słuchał Wolnej Europy po czesku, spisywał informacje i tłumaczył. Potem dzwonił do redakcji i nagrywał wiadomość na automatyczną sekretarkę lub dyktował maszynistce. Spisane informacje trafiały na kolegium gazety, gdzie decydowano, czy warto poświęcić temu tekst.

Pierwszy numer wychodzi 8 maja.

Otwiera go list Lecha Wałęsy: „Ludzie pytają: Co będzie dalej? Co będzie za cztery lata? Żeby było inaczej i lepiej, musimy te wybory wygrać. Widzę, że każdego dnia szanse nasze rosną i coraz lepiej dajemy sobie radę. Z »Gazetą« pójdzie nam jeszcze lepiej”.

A obok tekst od nas, twórców „Wyborczej”: „Oto, po z górą czterdziestu latach, pierwszy w Polsce, a chyba i w całym bloku normalny, wielkonakładowy dziennik niezależny. Przez »normalny« rozumiemy taki, który stara się przede wszystkim informować - wszechstronnie, szybko i obiektywnie, wyraźnie oddzielając komentarz od informacji. Takie gazety znamy dotąd tylko ze słyszenia, teraz zamierzamy je robić.

Czujemy się związani z »Solidarnością«, lecz zamierzamy przedstawiać poglądy i opinie całego niezależnego społeczeństwa, różnych opozycyjnych kierunków”.

„Wyborcza” liczy osiem stron, ma format połowę mniejszy niż inne ówczesne dzienniki (bo państwo sprzedaje nam mało papieru), kosztuje 50 złotych (drogo, bo nie ma w niej miejsca na reklamy), a mimo to nakład 150 tysięcy (na pół miliona trzeba trochę poczekać) znika z kiosków szybciej niż świeże bułki z piekarni.

I tak przez lata, mimo że jakość druku jest straszna: zdjęcie przedstawiające słonia może służyć do ilustracji obrad Sejmu i nikt nie zauważy różnicy.

Krzysztof Miller
fotoreporter wojenny, w „Gazecie Wyborczej” od 1989 r.

Pierwszy numer wypełnia niemal w całości prezentacja opozycyjnych kandydatów do parlamentu ułożona alfabetycznie wedle ówczesnych województw, od Andrzeja Czapskiego z bialskopodlaskiego po Tadeusza Sierżanta z zielonogórskiego. Ale też na pierwszej stronie jest notka: „Gruzja chce znać prawdę”, o delegacji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, która jedzie do Tbilisi, by pomóc w ustaleniu składu trującego gazu, którym wojska sowieckiego MSW pacyfikowały demonstrantów.

A na ostatniej jest m.in. program TV (dwa kanały TVP), prognoza pogody (Polska pod wpływem klina wyżowego, temperatura do 16 stopni, zachmurzenie duże z rozpogodzeniami, wiatr umiarkowany) i relacja z meczu piłki nożnej Szwecja - Polska, oczywiście przegranego 2:1 („Horror ostatniej minuty… Faul Tarasiewicza to typowe zjawisko »polskiej choroby« - wiele spotkań w hokeju i piłce przegrywaliśmy przez nieczyste bądź brutalne zagrania, o wiele częściej zdarzające się zawodnikom słabszym technicznie… Poziom meczu średni… Remis na boisku przeciwnika wszyscy przyjęlibyśmy z zadowoleniem. Rozstrzygnięcie zapadło przecież w ostatniej minucie”).

Gdy 4 czerwca okazuje się, że wygrywamy wszystko (bez jednego senackiego fotela), co było do wygrania, wydaje się, że już zostało zrobione to, co było do zrobienia.

Michnik: - Czy wybory 4 czerwca coś zmieniły w sytuacji „Gazety Wyborczej”? Zmieniły w tym sensie, że uważaliśmy, iż zwycięstwo wyborcze to nasz wspólny sukces, w dużej mierze również sukces naszej redakcji. Ale przed wyborami mieliśmy masę wątpliwości, ocenialiśmy atmosferę jako dość pasywną. To się zmieniało, im bliżej było do 4 czerwca.

Adam Michnik
redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”

A tymczasem „Wyborcza” ma wychodzić dalej, już - zgodnie z obietnicą daną w pierwszym numerze - jako normalna gazeta. Ale o czym tu pisać, skoro największa polska sprawa załatwiona?

Juliusz Rawicz rwie włosy z siwiejącej już głowy i krzyczy ze złości: „Dlaczego prawie każdy z was chce pisać akurat o Jerzym Urbanie? Nie macie lepszych tematów? O komunikacji w Warszawie to nie łaska?”.

Znajduje się ich dość, w Polsce i za granicą.

Poniedziałkowy numer 5 czerwca otwiera niewyraźne, wielkie zdjęcie z pekińskiego placu Tiananmen; w Polsce głosowano, w Chinach mordowano (wewnątrz gazety telefoniczna relacja z Pekinu Wojciecha Giełżyńskiego, który pojechał do Pekinu w charakterze męża zaufania „Solidarności” przyglądającego się wyborom w polskiej ambasadzie, bo inaczej czekałby na wizę do końca świata).

Ludzie do "Gazety" przychodzili ze wszystkim, łącznie z tym, że chcą mieć załatwiony talon na pralkę, samochód, a nawet przyprowadzali nam bezpańskie psy

Edward Krzemień: - Byliśmy po stronie „Solidarności”, a wtedy to znaczyło: po stronie całego społeczeństwa. Świat był szalenie ciekawy, wszystko się zmieniało na naszych oczach i nie można było o tym przeczytać w prasie oficjalnej. Więc naszym zadaniem było pokazanie, co się dzieje w Polsce (i nie tylko u nas). Każdy tekst był odkrywaniem tej zmieniającej się Polski. Siedzieliśmy po osiemnaście godzin w redakcji i nikt nie był zmęczony. Gdy już czcionki były złożone w drukarni w gazetę, szliśmy do kogoś dalej gadać.

Ewa Siedlecka (dziś dziennikarka, zajmuje się prawami człowieka) do „Wyborczej” przychodzi we wrześniu 1989 roku wprost do działu listów. - Dostawaliśmy ich po kilka setek tygodniowo. Ludzie traktowali "Gazetę" jak kiedyś komitety dzielnicowe PZPR, więc przychodzili ze wszystkim, łącznie z tym, że chcą mieć załatwiony talon na pralkę, samochód, a nawet przyprowadzali nam bezpańskie psy, żebyśmy coś z nimi zrobili. I rzeczywiście, gdziekolwiek zadzwoniliśmy, papiery spadały z biurek z wrażenia. Były dwa wyjątki: wojsko i wydziały telekomunikacji, w których załatwiało się telefony - mówi Siedlecka.

A mimo to udaje nam się wyreklamować od służby chłopaka - jedynego żywiciela rodziny (jak wówczas mówiono), którego jakiś bezmyślny biurokrata w mundurze chciał posłać w kamasze.

1989-2014

Zobacz, ile osób szukało pomocy psychologów i psychiatrów

Zobacz, ile osób szukało pomocy psychologów i psychiatrów

Edward Krzemień: - Wtedy, od maja 1989 r., miałem wrażenie, że otworzyliśmy kran i z tego kranu leje się czysta woda prawdy. Było w opozycji wielu przeciwników rozmów Okrągłego Stołu i pójścia do wyborów 4 czerwca: anarchiści, pacyfiści, ale też spora część ruchu „Solidarności” czy radykalniejsza od „S” Solidarność Walcząca. Chcieliśmy dać im głos w „Gazecie Wyborczej” i stworzyliśmy stronę „Wolna trybuna”.

Na początku jak wszystkie oficjalnie ukazujące się tytuły podlegamy cenzurze. Pójdzie precz w czasach pierwszego niekomunistycznego rządu, czyli kilkanaście miesięcy później, w kwietniu 1990 r.

Lecz to cenzura z wybitymi zębami. Wiadomości krajowe puszcza bez zastrzeżeń, choć jeszcze miesiąc wcześniej mogłyby ukazać się tylko w drugim obiegu. Ścina, a nawet zatrzymuje w całości tylko teksty dotyczące krajów bloku, gdzie właśnie historia nabiera rozpędu.

[ - - - - ] [ Ustawa z dnia 31 lipca 1981 roku o kontroli publikacji i widowisk, artykuł 2 punkt 3 (Dziennik Ustaw nr 20, pozycja 99, zmiany: 1983, Dziennik Ustaw nr 44, pozycja 204) ]

Ale i tak dopiero w „Wyborczej” pojawiają się oficjalnie nazwiska oraz opinie opozycjonistów z krajów obozu sowieckiego, np. Andrieja Sacharowa czy Vaclava Havla, właśnie zwolnionego z więzienia. Z Havlem zrobiliśmy wywiad, radując się z jego wyjścia na wolność. Nie minęło kilka miesięcy, gdy został prezydentem Czechosłowacji.

kliknij, aby usunąć

Komuniści definitywnie przegrywają po tekście Michnika „Wasz prezydent, nasz premier”, który otwiera drzwi pierwszemu niekomunistycznemu rządowi powojennej Polski. Z grubsza szło o to: oni, tzn. generał Wojciech Jaruzelski, obejmą nowo utworzony urząd prezydenta RP. Premierem zostanie zaś jeden z najważniejszych polityków opozycji i pokieruje rządem szerokiej koalicji. Kandydatów jest trzech: Bronisław Geremek, Jacek Kuroń i Tadeusz Mazowiecki.

Michnik wspomina: - Bardzo się liczyło to, w jaki sposób potrafimy skonsumować zwycięstwo opozycji w wyborach. I to nie był przypadek, że właśnie w „Gazecie Wyborczej” ukazał się - 3 lipca 1989 r. - podpisany przeze mnie artykuł „Wasz prezydent, nasz premier” - i to był już pewien projekt zagospodarowania zwycięstwa „Solidarności”. Sam wpadłem na pomysł, żeby taki artykuł napisać, ale to był wspólny twór naczelnych „Gazety”, Helenki Łuczywo, Julka Rawicza i mój. Ściągnąłem ich do siebie i powiedziałem, że w tej chwili musimy coś takiego powiedzieć, bo niezależnie od tego, czy to przeprowadzimy, czy nie, to ludzie głosowali na nas dlatego, że wierzyli w wielką zmianę, a to, że na miejsce przewodniczącego Rady Państwa będzie Jaruzelski, a na miejsce premiera Rakowskiego będzie premier Kiszczak, to nie jest żadna wielka zmiana. Konsultowałem to też z Wałęsą. Odpowiedzi na ten artykuł były różne, często krytyczne - np. Tadeusza Mazowieckiego, który kilka tygodni później sam został solidarnościowym premierem - ale ważne było to, że on dał nowy impuls do debaty politycznej. A czy zmienił historię? Nie mnie oceniać - mówi Michnik.

Do kilku komputerów - własności podziemia - stoją kolejki dziennikarzy. Podobnie jak do jedynej w redakcji książki telefonicznej, przykutej łańcuchem

Gdy polskie przemiany się rozpędzały i nadchodził termin pierwszych powszechnych wyborów prezydenckich, uznajemy, że Lech Wałęsa w Belwederze to wielkie ryzyko dla transformacji. Stajemy po stronie Tadeusza Mazowieckiego.

Edward Krzemień wspomina: - Spieraliśmy się wtedy, jak postąpić, zastanawialiśmy się, jak z tego wyjdziemy. Podobne spory toczyły się w 1991 r., aż do jesiennych pierwszych w pełni wolnych wyborów parlamentarnych. I w 1990 r., kiedy Mazowiecki przegrał wybory już w pierwszej turze, i w roku następnym „Wyborcza” sparzyła się trochę na tym zaangażowaniu w bieżącą politykę. Wtedy została sformułowana zasada, że staramy się, by w polityce „Wyborcza” nie była stroną, może nią być w publicystyce, w komentarzach. W ogóle od samego początku były w redakcji rozbieżne zdania i dosyć ostre dyskusje. Zresztą dzisiaj też są, to jest siła „Wyborczej”.

W efekcie „Solidarność” i Lech Wałęsa odbierają nam przed wyborami prezydenckimi znaczek związku z winiety „Wyborczej”. Z dnia na dzień znika hasło: „Nie ma wolności bez Solidarności” pisane charakterystycznymi czerwonymi literami - solidarycą.

1989-2014

Dowiedz się, ile było autostrad i dróg ekspresowych

Dowiedz się, ile było autostrad i dróg ekspresowych

Wielu z nas bardzo to przeżywa, bo wszyscy poświęciliśmy „Solidarności” - tej jawnej i tej podziemnej - kilka lat życia. Wybory prezydenckie wygrywa Lech Wałęsa. Przepada wspierany przez nas Tadeusz Mazowiecki.

Ale, jak powiada Adam Michnik, odebranie znaczka per saldo wychodzi nam na zdrowie. Znaczek „Solidarności” jest wyróżnieniem, lecz, choćby niespecjalnie, może krępować.

Straciliśmy go, ale zyskaliśmy to, czego brakowało nam do pełnej wolności.

Adam Michnik: - To było dla nas bardzo bolesne, ale zarazem władze „Solidarności” i sam Lech stracili instrument narzucania „Gazecie” jakichkolwiek treści, ograniczania naszej niezależności. Więc w sumie to nam wyszło na zdrowie.

Jest już po czerwcowych wyborach w 1989 r., więc wielu osobom w redakcji wydaje się, że nazwa „Wyborcza” już nie pasuje. Małgorzata Szejnert: - Poproszono czytelników, żeby nadsyłali propozycje. Najczęściej powtarzały się tytuły: „Nasza Gazeta”, „Moja Gazeta”, „Gazeta Niezależna”, „Gazeta Wolna”, „Gazeta Publiczna”, „Gazeta Powszechna”.

Jest też propozycja „Gazeta Polska” albo po prostu „Gazeta”.

Szejnert nie chce zmiany. Z Julkiem Rawiczem knują intrygę. - Napisałam list do redakcji pod swoim imieniem i nazwiskiem, ale zaznaczyłam, że to list nie koleżanki, dziennikarki, tylko czytelniczki, bo jednak ja czytam „Gazetę”. Wyjaśniłam, że ten tytuł mówi o radosnym przełomie, o momencie historycznym, który należy zapamiętać, o tym, czego dokonaliśmy. Ale jednocześnie mówi, że to nie jest skończona robota, że ciągle będziemy dokonywać najrozmaitszych wyborów - opowiada Szejnert.

Rawicz drukuje jej list. Przychodzi następna fala korespondencji. Część czytelników pisze, że zgadza się z argumentacją Małgosi i nawet są gotowi wycofać swoje ulubione projekty nowego tytułu. Wówczas Małgosia pisze mały tekst z podziękowaniami, ale też - że redakcja i czytelnicy wspólnie decydują, że tytuł się nie zmienia.

Julek puszcza to na pierwszej stronie, podpisane „Redakcja”. Następnego dnia w „Wyborczej” panuje lekka dezorientacja: jak to się stało, że decyzja o tytule już zapadła.

Ale wszyscy są tak strasznie zajęci, że nikt nad tym długo nie deliberuje. W końcu Helena Łuczywa macha ręką. I zostaje „Gazeta Wyborcza”.

Pewnego dnia, nieco po naszych pierwszych urodzinach, staje na tarasie żłobka przy Iwickiej głęboki, ciemnofioletowy wózek. Leży w nim drobniutka panienka w białych śpiochach - wiek pewnie ze dwa tygodnie. Nad wózkiem zbiera się sabat, akurat facetów. Panienka uśmiecha się przez sen.

- Zalotnica - mówi Adam Michnik.

- Wymyśliliśmy, prawda, Piotrek? - rzuca z pewnością w głosie Sewek Blumsztajn.

- Tak - potwierdza Piotrek Niemczycki, który wówczas zajmował się fotografami, a potem był szefem Agory.

- Będzie się nazywać „Gazeta”, na drugie „Konstytucja” (panienka urodziła się 3 maja) - stwierdza Sewek.

- Nie ma takiej możliwości - protestują wystraszeni mama i tata panienki.

Panienka to powód, dla którego zawsze, nawet obudzony w środku nocy, będę pamiętał, ile lat ma „Wyborcza”. Jest tylko o rok starsza od mojej córki, panienki z wózka. Tej, która miała się nazywać „Gazeta Konstytucja”.

Czyli: - To młoda, silna, mądra i piękna dziewczyna. Całe życie przed nią.

16 V 1989

Michaił Gorbaczow przybył do Pekinu. Trasę jefo przejazdu trzeba było zmienić, bo na Placu Niebiańskiego Spokoju dwa tysiące studenów prowadzi strajk głodowy, domagając się poszerzenia swobód demokratycznych.